Kiedy na przegląd do kardiologa?

Rozpoznana choroba serca, nadciśnienie tętnicze, bóle w klatce piersiowej – z takimi problemami pacjenci zgłaszają się zwykle do kardiologa. Tym razem jednak chciałabym nieco rozszerzyć temat i pokazać, że istnieje kilka sytuacji, kiedy osoba w poczuciu zdrowia powinna odwiedzić specjalistę chorób serca.

Lekarz wyrabia normę kroków 😂

Bardzo mnie cieszy, że do gabinetu trafia coraz więcej pacjentów bez rozpoznanej choroby kardiologicznej, chcących po prostu “się przebadać”. Z obserwacji widzę, że to głównie mężczyźni, w wieku około 40 lat, którzy właśnie zaczęli uprawiać sport. Skąd te 40 lat? Panowie mówią najczęściej, że to taka ich granica wieku, od którego uważają, że powinni bardziej o siebie zadbać. Rzadko natomiast trafiają na takie “przeglądy” kobiety – te zjawiają się w momencie, kiedy już coś zaczyna dolegać i to zwykle na tyle mocno, że utrudnia im to funkcjonowanie.

Nie ma jakiejś jednej, ściśle ustalonej granicy wieku, po przekroczeniu której należy się zacząć obawiać chorób serca – zdarzali mi się pacjenci 26-letni z zawałem serca (najczęściej otyli, palący i z wysokimi wartościami cholesterolu), ale i staruszkowie, którzy w badaniach mieli świetne wyniki.

Większość chorób serca ma podłoże wieloczynnikowe – zła dieta, stres, palenie tytoniu, nadmierne ilości alkoholu, brak ruchu… mogłabym wymieniać tak dość długo. Na pewno na powikłania kardiologiczne bardziej narażeni są pacjenci z cukrzycą, niewydolnością nerek, stwierdzono również związek pomiędzy chorobami serca a łuszczycą czy obturacyjnym bezdechem podczas snu (OBPS).

Najważniejszym elementem wizyty jest zawsze dokładny wywiad. Już na tej podstawie mogę postawić wstępną diagnozę, ocenić ryzyko wystąpienia chorób układu sercowo – naczyniowego. Ważne jest, żeby nie zatajać przed lekarzem niczego – nie bagatelizować dolegliwości (tak, boli mnie w klatce, ale to nie jest taki silny ból), palenia tytoniu, picia alkoholu, skoro już jesteś w gabinecie mów wszystko. I nie obawiaj się – po pierwsze obowiązuje mnie tajemnica lekarska i nie mogę ujawnić takich danych nikomu, kto nie został upoważniony przez pacjenta. Po drugie wszystkie informacje są mi niezbędne do zlecenia odpowiednich badań i ustalenia odpowiedniej diagnozy, a potem leczenia.

Kiedy zatem warto rozważyć wizytę u kardiologa (nawet bez dolegliwości)?

1. W Twojej rodzinie występowały choroby układu krążenia (zawał serca, udar mózgu, nadciśnienie tętnicze) zwłaszcza u osób poniżej 40 roku życia. Interesują mnie głównie rodzice i rodzeństwo. Panowie czasem się oburzają jak to mówię, ale żona to nie rodzina – oczywiście w sensie GENETYCZNYM 😉 Sam fakt, że nawet ktoś bliski miał zawał serca w młodym wieku nie oznacza, że na 100% (lub nawet 50% ;)) Ty też będziesz go mieć, ale lekarz pomoże zidentyfikować czynniki ryzyka choroby serca.

2. W rodzinie wystąpił niewyjaśniony zgon u młodej osoby. Istnieją pewne choroby kardiologiczne, które jednak są dziedziczne. Tak jest na przykład z kardiomiopatią przerostową, czyli schorzeniem, w którym serce przerasta na grubość (zwiększa się grubość ściany serca a niekoniecznie jego rozmiar), co może prowadzić do groźnych zaburzeń rytmu serca i zgonów w młodym wieku. W przypadku takich historii rodzinnych zwykle członkowie są objęci badaniami kardiologicznymi.

3. Zauważyłeś, że pogorszyła Ci się znacznie tolerancja wysiłku albo w trakcie aktywności fizycznej pojawiły się bóle w klatce piersiowej. Innym niepokojącym objawem, zwłaszcza u kobiet czy osób, które mają np. cukrzycę (wówczas nieco zmienione jest odczuwanie bólu) może być nie tyle sam ból w klatce piersiowej co duszność. Nie chodzi o to, że wcześniej przebiegałeś 15 km, a teraz tylko 10… w przypadku chorób serca to pogorszenie jest na tyle znaczne, że problem stanowi wejście bez odpoczynku na 2 piętro albo przejście 200 metrów.

4. Odczuwasz kołatania serca, uczucie nierównego bicia serca – o kołataniach, zwłaszcza u młodych osób, pisałam niedawno tu. Szczególnie jeśli towarzyszą im omdlenia, utraty przytomności, zawroty głowy.

5. Masz powyżej 35 lat i planujesz starty w zawodach biegowych, zapisałeś się na maraton, chcesz zrobić ironmana. Według badań naukowych zgony sportowców po 35 roku życia są najczęściej spowodowane miażdżycą tętnic wieńcowych, zatem warto się przebadać przed poważnymi wyzwaniami sportowymi.

6. Właśnie po przerwie lub zupełnie od początku zaczynasz trenować – biegasz, zapisałeś się na zawody biegowe, siłownię, cross fit. Nawet Ewa Chodakowska przed treningami informuje, że w razie wątpliwości co do stanu zdrowia należy skontaktować się z lekarzem 😉

7. Przeszedłeś infekcję dróg oddechowych, grypę, a wydolność wysiłkowa nie wraca do normy, czujesz bóle w klatce piersiowej, duszności, kołatania serca. Pozapalne uszkodzenie mięśnia sercowego również się zdarza, dlatego jak już pisałam tu nie wolno “olewać” nawet z pozoru niegroźnych przeziębień.

Oczywiście nie są to wszystkie wskazania, ale chciałam wyraźnie zaznaczyć, żeby w razie jakichkolwiek wątpliwości nie wahać się przed odwiedzeniem lekarza.

Ja osobiście nie bagatelizuję nigdy zaniepokojonego pacjenta. W końcu wolę, żeby to mnie wypytał i rozwiał swoje wątpliwości niż szukał odpowiedzi w internecie. Pamiętajcie też, że aby postawić diagnozę pacjenta trzeba zbadać osobiście, dlatego diagnoza “online” zupełnie nie wchodzi w grę – mogę wówczas jedynie zasugerować kierunek diagnostyki, ale nigdy postawić ostateczne rozpoznanie.

Mój trailowy ultra debiut – czyli zacznij w końcu w siebie wierzyć kobieto! 

Na Tricity Trail miałam ochotę już w ubiegłym roku, ale wówczas na przeszkodzie stanęła mi kontuzja i zapalenie rozcięgna podeszwowego. W tym roku organizatorzy poza dystansem 80 km i półmaratońskim postanowili rozegrać również zawody zatytułowane “maraton plus” o dystansie około 47 km. Uznałam, że to by było dla mnie optymalne rozwiazanie – półmaraton pozostawia już mały niedosyt, a na 80 km nie czuję się jeszcze przygotowana. Ani fizycznie, ani tym bardziej mentalnie. 

Zwlekałam jednak z opłatą startową wahając się czy poradzę sobie z dystansem. Ostatecznie przekonała mnie Ola (Z miłości do biegania) i następnego dnia opłaciłam start. Jednak do końca nie chciałam ogłaszać wszem i wobec swojego debiutu w obawie przed ewentualną porażką 😉


Już już miałam wrzucić na instagrama… 😉

Do Wejherowa wybrałam się w sobotę rano przygotowana na wszelkie pogodowe ewentualności i lekko zestresowana. W końcu miałam zadebiutować podwójnie – na dystansie ponad maratońskim i w biegu trailowym. Sprawnie odebrałam pakiet i ruszyłam do hotelu odpocząć. 


Profile trasy

Start dystansu maraton plus był zaplanowany na godzinę 7 rano, autobusy miały odwieźć uczestników spod bazy o 6 rano, więc zjawiłam się tam kilkanaście minut przed tą godziną i lekko zamarłam. Byłam jedyną kobietą wsród wyżyłowanych (mniej lub bardziej) bardzo profesjonalnie wyglądających panów. Niektórzy z nich dodatkowo mieli koszulki czy inne gadżety z różnych biegów ultra, takich super ultra, wiecie… 100 km i więcej. “I co ja tu robię?”


No to idę na autokar 🙈

Drugi raz pytanie “Ale co ja właściwie tu robię” zadałam sobie w kolejce do toitoia przed startem słuchając dyskusji ludzi na temat treningów, wagi startowej (oho! 😂), ostatnich wygranych… “Czy tylko ja tu debiutuję i ważę ponad 70 kg?” 😂

Na starcie biegu stanęło około 170 uczestników, więc towarzystwo było dość kameralne. Ruszyliśmy. Pierwsze kilometry spokojnie, przypomniałam sobie weekendowe bieganie po Puszczy Kampinoskiej, do której koniecznie muszę wrócić. Co jakiś czas, zgodnie z zapowiedziami organizatorów, przedzieraliśmy się przez krzaki i chaszcze, ale i tak biegło się fajnie. 


Podzieliłam sobie w głowie bieg na 3 etapy, żeby trochę odciążyć głowę. Zwykle mam w zwyczaju odliczać kilometry do końca… A ponieważ to moje pierwsze zawody tego typu, z punktami kontrolnymi na trasie, trochę się stresowałam, że nie zmieszczę się w limicie. 

Na początek moim celem był punkt kontrolny na 18,5 km. Zerkałam właśnie na 15 kilometrze na zegarek ciesząc się, że za chwilę dobiegnę do tego pierwszego etapu, kiedy wolontariusze na trasie wskazali na sporą górkę. Samo wdrapywanie się na nią w ślimaczym tempie było wyzwaniem, ale już za nią, za kilkanaście minut czekał upragniony punkt. Nigdy jeszcze cola nie smakowała mi tak bardzo jak tam. Kilka minut na jedzenie (arbuz, banany) – świetnie wyposażony punkt i sprawna praca wolontariuszy – i ruszyłam dalej. 


Pierwsze większe przewyższenie. Gonię pana w identycznych jak moje skarpetkach kompresyjnych. Ostatecznie prześcignęłam go na ostatniej prostej do mety 😉

Do kolejnego punktu miałam 3 godziny, trochę uspokoiłam się, że powinnam zdążyć, zrobiłam nawet kilka fotek. Powoli, powoli zaczynałam odczuwać pokonany dystans, zwłaszcza w okolicach 30 kilometra, gdzie znów czekała wspinaczka 😉


Do drugiego punktu dotarłam z zapasem czasu, a kiedy zajadałam arbuza odpoczywając chwilę, minęła mnie w punkcie pierwsza kobieta (i czwarta open) dystansu ultra! Wow, dosłownie kilkanaście sekund i już jej nie było. Zebrałam żuchwę z ziemi i na spokojnie, z poczuciem, że na pewno już zdążę w limicie potruchtałam dalej. Nogi już mocno czuły dystans, ale świadomość mety i oczekujących na mnie kibiców (Justyna, Paweł – dziękuję Wam) dodawała energii. Poza tym chciałam już skończyć ten bieg, naprawdę 😂 


Jeszcze ostatnie konkretne wspinanie w okolicach 40 km, minięcie dystansu maratońskiego (huraaaa), a potem odliczanie już oznaczonych 5 km do końca. Na ostatnim czekała Justyna z Pawłem, którzy dobiegli ze mną do mety, najlepsi kibice! 


Mam maraton w nogach i lecę dalej 😍


Tu już poleciała piosenka, która wycisnęła łzy z oczu (Antonello Venditti)

Meta! 

Najlepsi kibice ❤️😍  bo biegacze wiedzą co to za emocje są na mecie


Chillout! 

Mam kilka przemysleń na temat tego co bym zabrała / nie zabrała / zrobiła inaczej, ale chyba poświęcę temu osobny wpis. 

Gratulacje, jeśli dobrnęliście do końca tej ultradługiej relacji. 

Obiecuję, że jeśli kiedyś pobiegnę dłuższy dystans to podzielę relację na części 😉

Ściskam! 

Ania