5 powodów dlaczego nie przepiszę Ci antybiotyku…

…bez pełnych wskazań

Zainspirowana panującym sezonem infekcyjnym postanowiłam poruszyć krótko niezmiernie ważny temat – antybiotyki.

Z moich obserwacji wynika, że pacjentów można podzielić pod względem stosunku do antybiotyków na dwie grupy – ci, którzy bronią się rękami i nogami przed otrzymaniem leku z tej grupy oraz ci, którzy uważają go za rozwiązanie wszelkich problemów zdrowotnych – od kataru począwszy. Oczywiście mrugam tu okiem i uśmiecham się bo wiem, że mocno upraszczam. Rozsądny i świadomy pacjent nie neguje konieczności wzięcia leku, kiedy istnieją wskazania.

A oto dlaczego uważam, że przepisywanie antybiotyków powinno być zawsze uzasadnione:

1. Antybiotyki to leki działające na bakterie – mogą one wpływać bakteriostatycznie, a więc hamować namnażanie bakterii lub bakteriobójczo – zabijając komórkę bakteryjną. Ogromna większość infekcji układu oddechowego – przeziębienie, grypa, niektóre postaci zapalenia oskrzeli są pochodzenia WIRUSOWEGO. Zatem skoro nie ma bakterii antybiotyk jest absolutnie zbędny.

2. Oporność na antybiotyki. WHO czyli światowa organizacja zdrowia podaje, że nadużywanie antybiotyków i nieracjonalne ich stosowanie może prowadzić do stopniowego wytworzenia przez bakterie mechanizmów obronnych przed antybiotykami. W praktyce może to oznaczać, że w pewnym momencie antybiotyki po prostu przestaną być skuteczne. W skrajnych przypadkach (a takie są już niestety spotykane, zwłaszcza w szpitalach), bakterie są oporne na wszystkie dostępne antybiotyki…

3. Wpływ na układ pokarmowy. Antybiotyki poza rewelacyjnym działaniem na bakterie wywołujące zakażenie, maja rownież wpływ na te, które bytują w przewodzie pokarmowym i są dla nas dobre. Może to wywołać zaburzenia trawienia, wchłaniania, biegunki poantybiotykowe, a co za tym idzie niedobory niektórych ważnych składników – np. witamin. Dlatego jeśli już musimy przyjmować antybiotyk należy pamiętać o suplementacji probiotyków (zwykle lekarze zalecają je od razu przepisując antybiotyk, bardzo często przypominają też o tym farmaceuci w aptece przy zakupie leku).

4. Antybiotyk przepisany bez wskazań na nie skróci czasu trwania choroby. Niektórzy pacjenci uważają antybiotyk za magiczny środek na przedłużającą się infekcję. W dzisiejszych czasach każdy chciałby być wyleczony błyskawicznie, bo choroba ogranicza aktywność zawodową, fizyczną itp. Niemniej jednak nadal, wbrew reklamom, nie ma leku, który w dwa dni wyleczy nas z kataru czy grypy. Zwłaszcza, jeśli będziemy w tym czasie chodzili do pracy zamiast siedzieć w domu. I antybiotyk na nic się tutaj nie zda.

5. Nie ma czegoś takiego jak “słabszy antybiotyk”, “krótki antybiotyk”, “profilaktycznie przyjmowany antybiotyk”. Są konkretne wskazania, kiedy taki lek musi być włączony i ocenia je lekarz. Wszelkie prośby typu “proszę mi przepisać receptę, w razie czego, ja sobie wezmę jak mi nie będzie przechodziło” również nie powinny być respektowane.

Grafika ze strony Narodowego Programu Ochrony Antybiotyków (Źródło) gdzie znajdziecie jeszcze więcej informacji na temat racjonalnej antybiotykoterapii.

Tyle krótkich uwag ode mnie na temat antybiotykoterapii. Chętnie dowiem się jakie jest Twoje zdanie na ten temat.

5 produktów spożywczych, które służą Twojemu sercu

Odkąd jestem aktywna fizycznie staram się dbać o swoją dietę i chociaż zdarzają mi się mniejsze i większe grzeszki żywieniowe, to najlepiej czuję się kontrolując to, co wrzucam na talerz. Nie jestem dietetykiem i nie śledzę bardzo dokładnie nowych zaleceń żywieniowych, ale w kardiologicznych wytycznych i badaniach naukowych pojawiają się rownież pewne wskazania odnośnie produktów żywnościowych.

Mogłabym skupić się wyłącznie na oczywistościach typu warzywa, owoce, tluste ryby (jako źródło kwasów omega 3), ale chciałam Wam przedstawić kilka mniej oczywistych produktów, które przy okazji bardzo pasują do świątecznego klimatu 😊

Co zatem wrzuciłabym Wam do koszyka gdybyście wybrali się ze mną do supermarketu?

Orzechy Wytyczne Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego dotyczące prewencji chorób serca zalecają dzienne spożycie 30 g orzechów (niesolonych!). Taka porcja zmniejsza ryzyko sercowo-naczyniowe o około 30%. Dla ułatwienia “dawkowania” – 30g to tyle, ile mieści się na dłoni (jak na zdjęciu). Oczywiście należy pamiętać, że mimo całego dobrodziejstwa orzechy to kaloryczna przekąska 😉 niemniej jednak wybierając między kaloriami z chipsów albo orzechów zdecydowanie więcej korzyści przyniesie nam zjedzenie tych drugich.

Przy okazji orzechów warto wspomnieć też o migdałach – w jednym z badań opublikowanych niedawno w bardzo prestiżowym piśmie kardiologicznym (Journal of the American Heart Association) spożycie 1/3 filiżanki migdałów dziennie może zmniejszyć ryzyko choroby wieńcowej.

Czerwone wino Czerwone wino to jedyny alkohol jaki piję. Dobroczynny wpływ wina już opisywałam – to jeden z moich ulubionych tematów i jednocześnie najczęściej czytany na blogu tekst (tutaj).

Polecam Wam szczególnie włoski szczep Primitivo (to ze zdjęcia pochodzi z Lidla i kosztuje 19 pln).

Czekolada Z góry uprzedzam, że wielbiciele mlecznych czekolad czy Milki Oreo będą zawiedzeni – najzdrowsza jest czekolada gorzka, z największą zawartością kakao. To właśnie ono zawiera działające korzystnie flawanole, które mogą zmniejszać ciśnienie tętnicze, wpływać na poprawę funkcji poznawczych. W cytowanym już powyżej badaniu z migdałami okazało się, że połączenie spożycia ich wlaśnie z ciemną czekoladą i kakao potęgowało korzystny efekt.

Kawa Nawet 5 filiżanek kawy dziennie (w przeliczeniu na zawartość kofeiny daje to około 400 mg), nie wywiera szkodliwego wpływu na zdrowie, a wręcz przeciwnie – zmniejsza ryzyko chorób układu sercowo-naczyniowego, cukrzycy typu 2 czy chorób neurodegeneracyjnych. W badaniach naukowych picie 3-4 filiżanek kawy dziennie zmniejszało ryzyko zgonu z powodu chorób układu sercowo-naczyniowego. Picie umiarkowanych ilości kawy zmniejsza też ryzyko choroby wieńcowej oraz niewydolności serca. A co z chorymi na nadciśnienie? Te osoby (oczywiście mówimy tu o dobrze kontrolowanym, leczonym nadciśnieniu) powinny zmniejszyć spożycie kawy do 1-2 filiżanek dziennie, jednak nie rezygnować z niej całkowicie. Naukowcy twierdzą, że zwyżki ciśnienia tętniczego związane z piciem kawy nie są duże, a korzyści zdrowotne większe niż ryzyko związane z tymi niewielkimi wzrostami ciśnienia krwi.

Sięgając poza moją kardiologiczną “działkę” – kawa zmniejsza ryzyko występowania chorób nowotworowych (w badaniach wspominano o raku endometrium, prostaty, piersi). Dodatkowo badacze donoszą o dobroczynnym wpływie kofeiny na zdrowie psychicznie i mniejszą częstość występowania depresji. Aha – biegacze nie powinni obawiać się kawy – w badaniach nie dowiedziono, że wpływa ona na występowanie dodatkowych skurczów serca, co może dawać nieprzyjemne kołatania w trakcie wysiłku fizycznego.

Zielona herbata To alternatywa dla tych, którzy nie piją kawy lub jej nie lubią (ciężko mi w to uwierzyć, ale takie osoby istnieją 😉). Jednocześnie jest to jedyny produkt z listy, którego sama nie spożywam (nie piję prawie wcale herbaty). Korzystna “dawka” zmniejszająca ryzko chorób serca czy udaru to cztery lub więcej filiżanek. Za walory zdrowotne odpowiadają oczywiście zawarte w napoju antyoksydanty.

Z wpisu mogłoby wynikać, że spożywanie tych pięciu produktów naprawdę ochroni nas przed zawałem, udarem i innymi nieprzyjemnymi zdarzeniami. Muszę uczciwie przyznać, że niestety większość badań prowadzona była na małej grupie osób, co znacznie zmniejsza siłę takich zaleceń, jednakże wstępne korzystne wyniki mogą prowadzić do kolejnych prób – tym razem na większej ilości pacjentów. Niemniej jednak ja jestem przekonana, przynajmniej co do kawy i wina 😉

Jeśli uważasz mój tekst za wartościowy podziel się nim, skomentuj, zostaw po sobie ślad 😉

Pani doktor czy można wypocić przeziębienie? czyli krótko na temat aktywności fizycznej w chorobie

Sezon na przeróżne infekcje dróg oddechowych w pełni. Sama właśnie przez tydzień byłam uziemiona w domu i szczerze przyznaję, że ostatnia rzecz, o której myślałam to bieganie albo wygibasy na macie z moją skądinąd ulubioną trenerką Ewą Ch.

Przeglądając instagram i fitnessowo – biegowe profile wielokrotnie widziałam wpisy w stylu „Właśnie mimo przeziębienia zrobiłam dziś mega dobry trening”, „Ciężko było, bo mam straszny kaszel, ale poszło”, „Startowałam z gorączką i na antybiotyku, więc życiówki nie wybiegałam”, „Chorobę najlepiej wypocić na siłowni” (autentyki). Szczerze przyznam, że czytając takie opisy aż włos jeży mi się na głowie, ale nie jestem tu po to, żeby hejtować czy wyśmiewać, ale uświadamiać i edukować.

(Zdjęcie: źródło)

Z jakiegoś powodu opuszczenie treningu, nawet gdy zdrowie szwankuje, uznawane jest za wymówki i słabość charakteru. 

Choroba chorobie nierówna

Większość infekcji dróg oddechowych jakie dopadają nas w tzw. “sezonie”  to infekcje wirusowe takie jak przeziębienie czyli ostre zapalenie błony śluzowej gardła, nosa i zatok, grypa, większość przypadków zapalenia oskrzeli, to choroby wirusowe, czyli takie, w których antybiotyki nam nie pomogą (w końcu nie działają na wirusy). Należy wówczas włączyć leczenie łagodzące objawy, odpocząć, posiedzieć kilka dni w domu również po to, by choroba się nie rozwinęła. Nieco poważniejsze są zakażenia bakteryjne – niewielki procent zapaleń oskrzeli, zapalenie płuc. Tu już niezbędne jest włączenie antybiotyku, oczywiście po konsultacji z lekarzem. 

Trzy powody, dla których warto odpuścić trening / start w chorobie 

Zmniejszona efektywność treningu

W przypadku gorączki czy infekcji czynność serca jest podwyższona, a więc Wasze tętno spoczynkowe jest wyższe niż kiedy jesteście zdrowi. Wysiłek fizyczny spowoduje więc dalszy wzrost czynności serca, szybsze zmęczenie i większe obciążenie dla układu krążenia. 

Ryzyko zaburzeń elektrolitowych

Zwiększona potliwość pojawiająca się w infekcji, zwłaszcza przy niedostatecznej podaży płynów może prowadzić do odwodnienia i zaburzeń elektrolitowych. Te z kolei wpływają na zaburzenia rytmu serca. Połączenie ich ze startem w zawodach np. biegowych, którym dodatkowo towarzyszy stres i czynniki związane z współzawodnictwem, może stać się nawet przyczyną śmierci. Zatem “wypocenie” choroby na treningu wcale nie jest korzystne. 

Powikłania infekcji

Jedną z groźniejszych chorób, które wikłają infekcje jest zapalenie mięśnia sercowego. Ma ono najczęściej tło wirusowe, rzadziej bakteryjne. Objawia się bólami w klatce piersiowej, znacznym osłabieniem, pogorszeniem tolerancji wysiłku, a w skrajnych przypadkach może prowadzić do niewydolności serca, kardiomiopatii rozstrzeniowej (czyli nadmiernego powiększenia jam serca) czy nawet konieczności przeszczepienia narządu. Aktywność fizyczna może nasilać namnażanie się wirusów w mięśniu serca.  Leczenie zapalenia mięśnia sercowego to zakaz całkowitej aktywności fizycznej przez okres 3 – 6 miesięcy, a zatem chyba lepiej odpuścić sobie kilka dni niż potem pauzować przez pół roku. Dodam jeszcze, że zapalenie mięśnia sercowego jest jedną z najczęstszych przyczyn zgonów sportowców (nie tylko zawodowych) w trakcie zawodów sportowych.

W większości jesteśmy przecież amatorami…

Pozamedycznym argumentem, który przemawia przeciwko trenowaniu w przypadku infekcji jest fakt, iż ogromna większość z nas to amatorzy. Oczywiście sama wiem jak satysfakcjonująca jest życiówka na mecie biegu, która w końcu sama się nie zrobi i trzeba na nią zapracować na treningu. Domyślam się, że praca nad sylwetką w bikini fitness czy kulturystyce wymaga jeszcze większego rygoru dietetyczno – treningowego. Ale czy to wszystko warto robić kosztem własnego zdrowia? Chyba niekoniecznie 😉

 

 

 

 

Serce sportowca – co to takiego?

Na studiach medycznych uczą nas od wczesnych lat (mnie mówiono to prawie na każdych zajęciach od trzeciego roku, bo wtedy zaczynałam przedmioty kliniczne), że w stawianiu diagnozy ogromne znaczenie ma wywiad. Niezależnie od tego, co głoszą seriale (słynne zdanie dr House “Wszyscy kłamią”), już wiele razy przekonałam się, że jest to najczystsza prawda.
Czemu o tym piszę? Zaraz się dowiecie 🙂

Ostatnio w przychodni kardiologicznej przyjmowałam młodego pacjenta, który wszedł do gabinetu mocno przestraszony. Wyjął z teczki badania i powiedział, że lekarz, który opisywał EKG kazał mu koniecznie zgłosić się do kardiologa, a najlepiej jeszcze przed wizytą wykonać echo serca. Pacjent miał zrobione EKG, ponieważ lekarz, do którego zgłosił się na rutynowe, kontrolne badania wysłuchał wolną czynność serca, około 45 uderzeń na minutę.

Pytam o dolegliwości – brak. Wiek – 23 lata, świetna tolerancja wysiłku fizycznego, brak jakichkolwiek bólów w klatce piersiowej, duszności, zasłabnięć, utrat przytomności, rodzina zdrowa, nie stosuje żadnych używek. “No i Pani doktor – dodaje pacjent – ja tego nie mówiłem tamtemu lekarzowi, ale ja bardzo dużo trenuję, przygotowuję się do kolejnego triathlonu, za 2 miesiące mam iron mana. Czy ja mogę dalej ćwiczyć?”

Oglądam badania i już wiem co niepokoiło lekarza – w EKG wolna czynność serca 40/minutę (w żargonie medycznym bradykardia, czyli HR poniżej 60 uderzeń na minutę), wydłużenie odstępu PR do 240 ms (czyli przewodzenia z przedsionków do komór, w dawnej nomenklaturze blok przedsionkowo – komorowy I stopnia). W echo serca opisano przerost mięśnia sercowego (grubość przegrody międzykomorowej 13 mm przy normie do 11 mm) oraz niewielkie powiększenie komór serca. Takie zmiany u osoby trenującej sport określa się jako “serce sportowca”. 

Dlaczego tak się dzieje? Zmiany są wynikiem adaptacji mięśnia sercowego do wysiłku fizycznego. Zmniejszenie częstości rytmu serca z 70/minutę (czyli około 100 tys. uderzeń na dobę) do 50/minutę (czyli około 72 tys./dobę) pozwala naszej pompie pracować około 29 tys. uderzeń mniej w ciągu doby. Żeby taka wolna czynność serca zapewniała dobre zaopatrzenie wszystkich narządów w krew, serce musi pompować ją z większą siłą (stąd przerost mięśnia). 

Gdyby pacjentem był ktoś, kto sport ogląda jedynie jako kibic w telewizji, faktycznie można byłoby się mocno zaniepokoić. Informacja z wywiadu o aktywności pacjenta zmienia jednak wiele w postępowaniu.

Lekarz kierujący tego mężczyznę do kardiologa postąpił bardzo rozsądnie. Niektóre zmiany w EKG spoczynkowym u osoby uprawiającej sport są łagodne i można spokojnie pozwolić takiej osobie na kontynuowanie treningów, jednak są i takie, które wymagają wykonania dodatkowych badań. Wszystko zależy od rodzaju zmian, wieku pacjenta i współwystępowania objawów.


Bradykardia zatokowa 45/minutę (źródło )

Przerost mięśnia sercowego może mieć różne przyczyny m.in. nadciśnienie tętnicze, wady zastawek, kardiomiopatia przerostowa (HCM). Niekiedy mogą się one na siebie nakładać, toteż w przypadku wątpliwości zawsze należy zróżnicować między przerostem serca wynikającym z choroby a wtórnym do intensywnych wysiłków fizycznych. Dodatkowo znaczenie ma rodzaj uprawianego sportu. W przypadku dyscyplin typu bieganie, kolarstwo, a więc dynamicznych, kiedy dochodzi do przeciążenia objętościowego serca, mięsień przerasta odśrodkowo. Natomiast dyscypliny takie jak podnoszenie ciężarów związane z przeciążeniem ciśnieniowym serca, powodują przerost koncentryczny, dośrodkowy. Warto też wspomnieć, że zmiany wywołane treningiem fizycznym cofają się po zaprzestaniu ćwiczeń, natomiast w przypadku patologicznego przerostu będą się utrzymywały. 


Normalny mięsień sercowy (strona lewa) i przerost lewej komory (strona prawa) źródło

Jak być może wiecie w Polsce nie ma obowiązkowych badań dla amatorów startujących w zawodach sportowych. Utajone choroby serca, napięcie emocjonalne związane ze startem, zaburzenia elektrolitowe mogą współistnieć ze zmianami w mięśniu sercowym spowodowanymi wysiłkiem fizycznym i stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia. Dlatego właśnie mój apel przed jesiennym sezonem startowym – badajcie się! 

*Poniższy tekst nie może być traktowany jako jedyna porada medyczna. Jeśli masz wątpliwości co do swojego stanu zdrowia idź do lekarza, a informacje znajdujące się tutaj potraktuj jako wskazówkę. 

Bibliografia 

Kapłon – Wożakowska B. i wsp. Serce sportowca. Studia medyczne AŚ, tom 4, Kielce 2006

Braksator W. i wsp.  Kardiologia sportowa w praktyce klinicznej. PZWL 2016

http://www.brodniczaninbiega.pl

 

 

Sześć moich ulubionych motywacyjnych cytatów o bieganiu 

Kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po książkę Murakamiego “O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” jeszcze sama nie biegałam i czytając zupełnie nie czułam tego, o czym pisze autor. Kiedy zaczęłam trenować i startować w zawodach wróciłam do tej książki – teraz miała dla mnie zupełnie inne przesłanie. 

Czytam dużo i uwielbiam kolekcjonować cytaty, które mnie inspirują, motywują, sprawiają, że chcę więcej. W mojej domowej biblioteczce jest sporo książek biegaczy i o bieganiu i dziś postanowiłam wybrać kilka fragmentów, które mają dla mnie szczególną moc. Niech będą dobrą inspiracją na rozpoczynający się tydzień.


“Kiss or kill. Pocałuj albo zabij. Pocałuj chwałę albo zgiń podczas próby. Porażka to śmierć, zwycięstwo to emocje. Walka jest tym, co wyróżnia zwycięstwo, zwycięzcę. Ile razy płakałeś ze złości i z bólu? Ile razy straciłeś pamięć, głos i rozum przez wycieńczenie? I ile razy w takiej sytuacji mówiłeś sobie “jeszcze raz! Jeszcze kilka godzin! Jeszcze jedno podejście! Ból nie istnieje, on jest tylko w twojej głowie. Kontroluj go, zniszcz go, wyeliminuj go i idź dalej”

Kilian Jornet – Biec albo umrzeć

***
“Strój przemoczony przez śnieg, targany wiatrem, który uderza cię w twarz i zamraża pot. Lekkie ciało, lekkie nogi. Czuć jak ciężar twoich nóg, ciężar twojego ciała skupia się na śródstopiu, na palcach twoich stóp i wywiera presję zdolną burzyć skaly, niszczyć planety i przemieszczać kontynenty. Nogi zawieszone w powietrzu, unoszące się jak lecący orzeł i biegnące szybciej od geparda (…) Człowiek nie kozę umrzeć nie dając z siebie wszystkiego, nie płacząc z bólu i na skutek odniesionych ran, człowiek nie może zrezygnować. Trzeba walczyć aż do śmierci”

Kilian Jornet – Biec albo umrzeć 

***

“Każdy człowiek potrzebuje innego lekarstwa na znękaną duszę. Większość ludzi przez całe życie poszukuje skutecznego środka; czasami w najdziwniejszych miejscach. Bywa, że szukają go w innym człowieku. A przecież tak naprawdę wystarczy się ruszać. Ruch jest cudownym lekarstwem (…) Bieganie było idealnym panaceum. Stanowiło ucieczkę przed chaosem nieposkładanych emocji – niecierpliwością, bólem, samotnością, frustracją. Jeśli kiedykolwiek się gubiłem, wystarczyło, że pobiegłem odpowiednio długo i odpowiednio daleko, by się odnaleźć”

Bill Rodgers “Maratończyk”

***

“Musisz wiedzieć jedno: źródłem przyjemności dla biegacza jest postęp. Bo o ile w życiu postępy trudno mierzyć, a czasami to po prostu niemożliwe, mnie wystarczyło otworzyć dzienniczek treningowy prowadzony w zeszycie za kilka centów i go przekartkować. Przed oczami miałem historię swojego fizycznego rozwoju: tu zacząłem, tu jestem. To jakby ująć wodze życia we własne ręce. Wczoraj przebiegłem osiem kilometrów, dzisiaj dziesięć, a za tydzień przebiegnę piętnaście. Im więcej inwestowałem, tym stawałem się lepszy. Czułem się dobrze. Czułem się sprawny. Miałem wrażenie, że dopiero teraz naprawdę wykorzystuję potencjał swojego organizmu. Żadna chemia świata nie zapewni ci takiego odlotu.”

Bill Rodgers – Maratończyk

***

“Bieganie jest dla mnie pożytecznym ćwiczeniem, a jednocześnie pożyteczną metaforą. Biegając dzień po dniu, biorąc udział w kolejnych wyścigach, stawiam sobie poprzeczkę coraz wyżej, a żeby ją przeskoczyć, muszę nad sobą pracować, sam siebie ulepszyć. Przynajmniej po to wysilam się każdego dnia: by podnieść wymagania względem siebie. Nie jestem w żadnym razie doskonałym biegaczem. Znajduję się na zwykłym, może nawet bardzo przeciętnym, poziomie. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to czy byłem, czy nie byłem lepszy niż wczoraj. W biegach długodystansowych jedynym przeciwnikiem, jakiego ma się do pokonania, jesteśmy my sami i to, jacy byliśmy wczoraj.”

Haruki Murakami – O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu

***

“Kiedy myśli żeglują bez ładu i składu, nie znajdując wyjścia, zawsze zaczynam biec, żeby je uwolnić i móc zobaczyć wszystko o wiele wyraźniej z dystansu. Bieganie jest najlepszym sposobem na uporządkowanie codziennych spraw, ucieczkę od rutyny i rozwiązanie problemów, których nie jestem w stanie dostrzec, chociaż mam je przed sobą. Usłyszałem kiedyś, że aby móc przypatrywać się górze i szukać najlepszej drogi, nie można stać w połowie ściany albo u jej stóp, ponieważ skały i doliny zakryją inne ścieżki. Musisz odsunąć się od góry, żeby móc spojrzeć na nią w całości. To właśnie dlatego, kiedy myślę o bieganiu, muszę odsunąć się od aktywności, od potu i wysiłku, jak również od emocji, które popychają mnie, abym nadal szukał tego krajobrazu.”

Kilian Jornet  – Biec albo umrzeć

***

Masz jakieś swoje ulubione cytaty? 

Podeślij mi, chętnie poczytam! 

Zawody ze strzykawką w dłoni czyli kilka słów o dopingu farmakologicznym

Co jakiś czas w serwisach sportowych pojawia się wiadomość, że któryś z zawodników został zdyskwalifikowany za stosowanie substancji zabronionych. Na pewno każdy z Was przynajmniej raz słyszał takie doniesienia, prawda? O dziwo ostatnio doping bywa stosowany również w sporcie amatorskim. To przykre, że w pogoni za życiówkami nawet osoby walczące o lepszy wynik wyłącznie “dla siebie” sięgają po zabronione substancje czy nawet suplementy. Czasem robią to nie do końca zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie mogą wyrządzić swojemu organizmowi.

Obecnie wyróżnia się doping farmakologiczny, fizjologiczny oraz genetyczny, jednak z racji obszerności tego tematu chciałabym napisać kilka słów o tym pierwszym, stosowanym najczęściej.


(źródło: Fot.)

Warto zaznaczyć, że według definicji dopingu opracowanej przez Światową Agencję Dopingową (WADA, World Anti-Doping Agency) poza oczywistym wykryciem zakazanej substancji w organizmie sportowca uznaje się niezgłoszenie się na kontrolę, unikanie jej czy współpracę z osobami, które naruszyły przepisy przeciwdopingowe.

Lista środków zabronionych jest publikowana i aktualizowana corocznie przez WADA. Znajdują się na niej zarówno substancje zabronione na stałe, czyli zarówno w czasie zawodów, jak i poza okresem startowym, takie, których nie można przyjmować tylko uczestnicząc w zawodach oraz zakazane w szczególnych dyscyplinach. Spis ten jest dość obszerny, a zainteresowani mogą się z nim zapoznać tu (lista substancji zabronionych). Warto podkreślić, że lista ta ma charakter otwarty, a więc środki, które nie są w niej wymienione, ale mające podobną budowę chemiczną i działanie również są traktowane jako doping.

Co z tymi suplementami?

Suplementy diety oraz odżywki są aktualnie szeroko stosowane również przez amatorów, chociaż nie zawsze ma to uzasadnienie. Dodatkowo należy pamiętać, że niektóre preparaty mogą być zanieczyszczone substancjami uznanymi za zabronione albo po prostu działającymi szkodliwie na organizm.

Kilka miesięcy temu trafiła do mojego gabinetu zaniepokojona pacjentka, która trenując do pierwszego w życiu półmaratonu postanowiła nieco przyspieszyć spadek wagi i zakupiła w internecie spalacz tłuszczu, który polecił jej trener na siłowni. Zauważyła jednak znaczny wzrost tętna w trakcie treningu biegowego, również tętno spoczynkowe zwiększone o 20 uderzeń/minutę wzbudziło jej niepokój. Zgłosiła się z drżeniami mięśniowymi, uczuciem kołatania serca, dusznością oraz zaczerwienieniem skóry – słowem objawy miała takie, jakby wypiła z 10 mocnych kaw. Pacjentka przyniosła mi suplement, który przyjmowała – w składzie znalazłam faktycznie bardzo duże ilości kofeiny, stymulanty ośrodkowego układu nerwowego, środek stymulujący wydzielanie noradrenaliny, a więc hormonu uwalnianego w trakcie stresu, walki. Dla osoby trenującej bieganie taka mieszanka substancji przyspieszających czynność serca była mocno szkodliwa.

Klasyfikacja Australijskiego Instytutu Sportu (AIS) wyróżniła cztery grupy suplementów

A. O udowodnionym działaniu wspomagającym, które mogą być stosowane przez sportowców w pewnych sytuacjach. Zalicza się do nich kofeinę, sok z buraków, napoje izotoniczne, białko serwatkowe, żele i batony

B. Takie, w kwestii których badania naukowe nie są jednoznaczne, na przykład BCAA, beta-alanina

C. O mocno wątpliwym działaniu, które nie przynoszą korzystnych rezultatów

D. Suplementy, których sportowcy powinni się wystrzegać z racji zawartości substancji zabronionych lub możliwości zanieczyszczenia. Tutaj znajdują się m.in. sproszkowany korzeń maca, “boostery” testosteronu, sibutramina, prohormony, efedryna.

Istnieje również opracowana przez Komisję Medyczną Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz Centralny Ośrodek Medycyny Sportowej lista substancji, co do których nie istnieją naukowe dowody dotyczące ich korzystnego wpływu na wysiłek fizyczny. Niektóre z nich mają wręcz działanie niekorzystne. Są to m.in. chrom, glutamina, karnityna, koenzym Q, wspomniana już maca, resweratrol, różeniec górski, żeń szeń, witaminy A, C, E, B.

Steroidy anaboliczne

Kiedy słyszymy hasło “doping” chyba najczęściej przychodzą nam do głowy obrazki napakowanych panów z siłowni. To głównie pochodne testosteronu wpływają na rozwój masy mięśniowej. Warto wspomnieć, że stosowanie tej grupy środków wspomagających wpływa wyjątkowo szkodliwie na układ sercowo-naczyniowy powodując m. in. przerost mięśnia sercowego, nadciśnienie tętnicze, przyspieszenie rozwoju miażdżycy czy przerost mięśnia sercowego.

Erytopoetyna (EPO)

Erytropoetyna jest hormonem produkowanym w wątrobie i nerkach, a jej działanie polega na stymulowaniu procesu powstawania krwinek czerwonych w szpiku kostnym. Zwiększenie stężenia hemoglobiny i hematokrytu przekłada się na poprawę zdolności do przenoszenia tlenu, a co za tym idzie wydolności fizycznej. W badaniach na myszach stwierdzono również, że sama EPO ma działanie stymulujące mózg do działania i wysiłku fizycznego.

Hormon wzrostu

Somatotropina jest produkowana przez przysadkę mózgową. Wpływa m.in. na stymulację przyrostu masy ciała oraz wzrastania, zwiększa uwalnianie glikogenu z wątroby. Jako środek stosowany w dopingu głównie ma na celu spowodowanie przyrostu masy mięśniowej.

Efedryna

Zwiększa pobudzenie, zmniejsza uczucie zmęczenia. Pseudoefedryna jest składnikiem wielu popularnych leków dostępnych również bez recepty (znajduje się na liście substancji zakazanych WADA).

Meldonium

Pamiętacie aferę dopingową z udziałem znanej tenisistki Marii Szarapowej? Rosjanka miała przyjmować właśnie meldonium czyli środek poprawiający ukrwienie mięśnia sercowego. Nie ma na ten temat jednoznacznych badań, ale wydaje się, że podobnie jak na serce środek ten może działać na mięśnie szkieletowe poprawiając ich pracę oraz przyspieszając regenerację.

To zaledwie kilka informacji na ten niezmiernie ciekawy temat, ale już gromadzę materiały do kolejnego postu o dopingu – będzie m.in. o astmie i o tym czy sportowcom wolno pić kawę.  

Do następnego! 

Bibliografia:

Mamcarz A., Braksator W. (red) “Kardiologia sportowa w praktyce klinicznej” PZWL Warszawa 2016

 

 

Mój trailowy ultra debiut – czyli zacznij w końcu w siebie wierzyć kobieto! 

Na Tricity Trail miałam ochotę już w ubiegłym roku, ale wówczas na przeszkodzie stanęła mi kontuzja i zapalenie rozcięgna podeszwowego. W tym roku organizatorzy poza dystansem 80 km i półmaratońskim postanowili rozegrać również zawody zatytułowane “maraton plus” o dystansie około 47 km. Uznałam, że to by było dla mnie optymalne rozwiazanie – półmaraton pozostawia już mały niedosyt, a na 80 km nie czuję się jeszcze przygotowana. Ani fizycznie, ani tym bardziej mentalnie. 

Zwlekałam jednak z opłatą startową wahając się czy poradzę sobie z dystansem. Ostatecznie przekonała mnie Ola (Z miłości do biegania) i następnego dnia opłaciłam start. Jednak do końca nie chciałam ogłaszać wszem i wobec swojego debiutu w obawie przed ewentualną porażką 😉


Już już miałam wrzucić na instagrama… 😉

Do Wejherowa wybrałam się w sobotę rano przygotowana na wszelkie pogodowe ewentualności i lekko zestresowana. W końcu miałam zadebiutować podwójnie – na dystansie ponad maratońskim i w biegu trailowym. Sprawnie odebrałam pakiet i ruszyłam do hotelu odpocząć. 


Profile trasy

Start dystansu maraton plus był zaplanowany na godzinę 7 rano, autobusy miały odwieźć uczestników spod bazy o 6 rano, więc zjawiłam się tam kilkanaście minut przed tą godziną i lekko zamarłam. Byłam jedyną kobietą wsród wyżyłowanych (mniej lub bardziej) bardzo profesjonalnie wyglądających panów. Niektórzy z nich dodatkowo mieli koszulki czy inne gadżety z różnych biegów ultra, takich super ultra, wiecie… 100 km i więcej. “I co ja tu robię?”


No to idę na autokar 🙈

Drugi raz pytanie “Ale co ja właściwie tu robię” zadałam sobie w kolejce do toitoia przed startem słuchając dyskusji ludzi na temat treningów, wagi startowej (oho! 😂), ostatnich wygranych… “Czy tylko ja tu debiutuję i ważę ponad 70 kg?” 😂

Na starcie biegu stanęło około 170 uczestników, więc towarzystwo było dość kameralne. Ruszyliśmy. Pierwsze kilometry spokojnie, przypomniałam sobie weekendowe bieganie po Puszczy Kampinoskiej, do której koniecznie muszę wrócić. Co jakiś czas, zgodnie z zapowiedziami organizatorów, przedzieraliśmy się przez krzaki i chaszcze, ale i tak biegło się fajnie. 


Podzieliłam sobie w głowie bieg na 3 etapy, żeby trochę odciążyć głowę. Zwykle mam w zwyczaju odliczać kilometry do końca… A ponieważ to moje pierwsze zawody tego typu, z punktami kontrolnymi na trasie, trochę się stresowałam, że nie zmieszczę się w limicie. 

Na początek moim celem był punkt kontrolny na 18,5 km. Zerkałam właśnie na 15 kilometrze na zegarek ciesząc się, że za chwilę dobiegnę do tego pierwszego etapu, kiedy wolontariusze na trasie wskazali na sporą górkę. Samo wdrapywanie się na nią w ślimaczym tempie było wyzwaniem, ale już za nią, za kilkanaście minut czekał upragniony punkt. Nigdy jeszcze cola nie smakowała mi tak bardzo jak tam. Kilka minut na jedzenie (arbuz, banany) – świetnie wyposażony punkt i sprawna praca wolontariuszy – i ruszyłam dalej. 


Pierwsze większe przewyższenie. Gonię pana w identycznych jak moje skarpetkach kompresyjnych. Ostatecznie prześcignęłam go na ostatniej prostej do mety 😉

Do kolejnego punktu miałam 3 godziny, trochę uspokoiłam się, że powinnam zdążyć, zrobiłam nawet kilka fotek. Powoli, powoli zaczynałam odczuwać pokonany dystans, zwłaszcza w okolicach 30 kilometra, gdzie znów czekała wspinaczka 😉


Do drugiego punktu dotarłam z zapasem czasu, a kiedy zajadałam arbuza odpoczywając chwilę, minęła mnie w punkcie pierwsza kobieta (i czwarta open) dystansu ultra! Wow, dosłownie kilkanaście sekund i już jej nie było. Zebrałam żuchwę z ziemi i na spokojnie, z poczuciem, że na pewno już zdążę w limicie potruchtałam dalej. Nogi już mocno czuły dystans, ale świadomość mety i oczekujących na mnie kibiców (Justyna, Paweł – dziękuję Wam) dodawała energii. Poza tym chciałam już skończyć ten bieg, naprawdę 😂 


Jeszcze ostatnie konkretne wspinanie w okolicach 40 km, minięcie dystansu maratońskiego (huraaaa), a potem odliczanie już oznaczonych 5 km do końca. Na ostatnim czekała Justyna z Pawłem, którzy dobiegli ze mną do mety, najlepsi kibice! 


Mam maraton w nogach i lecę dalej 😍


Tu już poleciała piosenka, która wycisnęła łzy z oczu (Antonello Venditti)

Meta! 

Najlepsi kibice ❤️😍  bo biegacze wiedzą co to za emocje są na mecie


Chillout! 

Mam kilka przemysleń na temat tego co bym zabrała / nie zabrała / zrobiła inaczej, ale chyba poświęcę temu osobny wpis. 

Gratulacje, jeśli dobrnęliście do końca tej ultradługiej relacji. 

Obiecuję, że jeśli kiedyś pobiegnę dłuższy dystans to podzielę relację na części 😉

Ściskam! 

Ania

Dlaczego sportowcy jeżdżą na obozy w górach?

Właśnie wróciłam z kolejnego weekendowego wypadu w Tatry. Jak zwykle było pięknie, odpoczęłam i super aktywnie spędziłam czas, ale o swoich wrażeniach z początków z bieganiem w górach opowiem innym razem. Czy zastanawialiście się kiedyś co takiego daje trening wysokogórski? Dlaczego czołowi biegacze (i nie tylko) tak chętnie jeżdżą trenować na wysokościach?

Najkorzystniejsze warunki do treningu wysokościowego to ponad 1500 (wg. niektórych 1600 m n.p.m.) do 3000 m n.p.m. Nasze piękne Tatry niestety nie wystaczą – chodzi bowiem o długotrwałe przebywanie i trenowanie na wysokości a nie tylko wspinanie się na szczyty, gdzie ciężko jest zrealizować trening biegowy. Podobnie weekendowy wypad w góry przyniesie niewiele efektów – dla rzeczywistej poprawy wydolności należałoby poświęcić na taki trening przynajmniej dwa tygodnie (idealny czas to 3 – 4 tygodnie). Najbardziej znanymi miejscami, gdzie odbywają się zgrupowania sportowe to Sankt Moritz (Szwajcaria) – 1820 m n.p.m., Sestriere (Włochy) – 2035 m n.p.m., Meksyk (Meksyk) – 2240 m n.p.m., Font Romeu (Francja) – 1850 m n.p.m., Sierra Nevada (Hiszpania) – 2281 m n.p.m., Addis Abeba (Etiopia) – 2300 m npm, Iten (Kenia) – 2400 m n.p.m., Potchefstroom (RPA) – 1380 m n.p.m. Pewnie zwróciliście uwagę na dwa afrykańskie kraje, z których pochodzi ogromna ilość biegaczy osiągających aktualnie świetne wyniki w zawodach na całym świecie.

Można wyróżnić kilka modeli treningowych:

Żyć wysoko – trenować wysoko (LHTH, live high – train high) – mieszkanie i trening na wysokościach około 2000 – 3000 m n.p.m. Część trenerów uważa, że nie jest to optymalne rozwiązanie z uwagi na fakt, że przebywając cały czas na wysokości nie da się wprowadzać dużych obciążeń treningowych, na przykład treningów z wysoką intensywnością.

Żyć wysoko – trenować nisko (LHTL – live high – train low) – mieszkanie na wysokościach około 2500 m npm, trening odbywany na wysokościach około 1250 m npm.

Namiot wysokościowy – sztucznie wytworzona symulacja warunków wysokogórskich – około 2000 – 3000 m n.p.m. Takie namioty stają się coraz bardziej popularne, można z nich korzystać również w Polsce.

Przerywana ekspozycja na hipoksję (IHE, Intermittent Hypoxic Exposure)

Nagłe przemieszczenie się na wysokości powyżej 2500 m n.p.m. może spowodować ostrą chorobę wysokogórską (AMS, acute mountains sickness) która wiąże się z określonymi objawami, takimi jak nudności, wymioty, osłabienie, bezsenność, bóle głowy. W skrajnych przypadkach mogą wystąpić wysokościowy obrzęk płuc lub wysokościowy obrzęk mózgu. Stopniowa aklimatyzacja do wysokości, trwająca kilka dni, pozwoli na łagodne przyzwyczajenie organizmu do nietypowych warunków.

Zawartość tlenu w powietrzu jest taka sama zarówno na wysokości, jak i nizinach, zmienia się jedynie ciśnienie parcjalne tlenu. Przykładowo na wysokości 0 nad poziomem morza ciśnienie parcjalne tlenu wynosi 159 mmHg, w Meksyku, który często bywa wybierany na miejsce treningu biegaczy (wysokość 2210 mnpm) 122 mmHg, a na Mount Evereście 53 mmHg. To właśnie spadek ciśnienia parcjalnego tlenu najsilniej determinuje pogorszenie wydolności fizycznej. Co w praktyce oznacza dla organizmu? Dochodzi do wolniejszego zaopatrywania mięśni w tlen, a co za tym idzie szybszego zmęczenia.


Trenowanie w górach powoduje kilka ważnych zmian w organizmie, który stopniowo adaptuje się do zmienionych warunków, a po powrocie na „normalne” wysokości dochodzi do poprawy wydolności.

  1. Wzrost ilości czerwonych krwinek (RBC, red blond cells) – w warunkach zmniejszonej ilości tlenu dochodzi do zwiększenia syntezy erytropoetyny. Słyszeliście o niej na pewno – podawana „z zewnątrz” to znany środek dopingowy stosowany m.in. w kolarstwie. Hormon ten, produkowany w nerkach oraz wątrobie, stymuluje erytropoezę, czyli powstawanie czerwonych krwinek. Zwiększa się również ilość hemoglobiny w krwince. Oznaczenie stężenia erytropoetyny po 24 godzinach pobytu na wysokości ok. 2000 – 2500 m n.p.m. może również odpowiedzieć nam na pytanie czy dana osoba będzie w ogóle reagowała na hipoksję. Jeśli parametr ten nie zwiększy się w porównaniu do wartości wyjściowej, to zawodnik nie będzie odpowiadał na warunki niedotlenienia.
  1. Zwiększenie hematokrytu. Hematokryt to jeden z podstawowych parametrów morfologii krwi, oznacza stosunek objętości elementów komórkowych krwi do całej objętości krwi. Poza tym, że dochodzi do wzrostu czerwonych krwinek ze względu na odwodnienie zmniejsza się objętość osocza.
  1. Zwiększenie ilości naczyń kapilarnych w organizmie – nie tylko w mięśniach szkieletowych, ale i mięśniu sercowym.
  1. Zwiększenie częstości rytmu serca, objętości wyrzutowej, pojemności minutowej, ciśnienia krwi.
  2. Zmniejszenie stężenia kwasu mlekowego we krwi. Kwas mlekowy to związek chemiczny, który powstaje w mięśniach na skutek intensywnego wysiłku fizycznego. W warunkach wysokogórskich dochodzi do obniżenia maksymalnego zakwaszenia mięśni, a co za tym idzie odczucia zmęczenia i umożliwia dłuższe wykonywanie wysiłku. Jest to związane ze zwiększeniem produkcji transporterów usuwających kwas mlekowy z krwi.
  3. Wzrost wentylacji płuc, poprawa mechaniki oddychania.

Według ekspertów najlepszych rezultatów takich treningów należy się spodziewać około 7 dni po zejściu z wysokości. Warto jednak pamiętać o odpowiednim przygotowaniu do takiego wyjazdu, aby przyniósł on najlepszy zamierzony efekt. Przed rozpoczęciem treningów wysokogórskich warto wykonać podstawowe badania krwi takie jak morfologia czy stężenie żelaza, a w przypadku niedoboru wdrożyć suplementację. Niedobór żelaza nie pozwoli bowiem na zwiększoną erytropoezę, a więc wzrost stężenia EPO nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Osoby z chorobą niedokrwienną serca, nadciśnieniem tętniczym czy cukrzycą będą również wymagały dokładniejszej oceny i rozważenia czy nie ma przeciwwskazań do podjęcia treningów na wysokości.


Z pewnością nie wyczerpałam tego fascynującego tematu, więc jeśli coś szczególnie Cię zainteresuje, to daj znać, a uzupełnię post. Chcę dzielić się najlepszą wiedzą i stale ulepszać bloga, także zapraszam do komentowania. 

Bibliografia

Kenney i wsp. Physiology of sport and exercise, Human Kinetics 2012

Strzała M. i wsp. Funkcjonowanie organizmu człowieka w warunkach wysokościowych Medycyna Środowiskowa – Environmental Medicine 2011; 14 (4)

Trening w niedoborze tlenu czyli hipoksji. magazyn bieganie.pl (artykuł opublikowany 20.07.2015) 

Dlaczego kardiolodzy lubią czerwone wino?

Czy słyszeliście o francuskim paradoksie? W latach 90. epidemiolodzy zauważyli, że pomimo dość niezdrowej diety bogatej w tłuszcze zwierzęce i porównywalnych z innymi krajami (np. USA czy Wielką Brytanią) czynnikami ryzyka chorób sercowo-naczyniowych Francuzi rzadziej zapadają na choroby układu krążenia. Tym, co różniło ich z innymi krajami było… znacznie większe spożycie alkoholu.

Na kongresach kardiologicznych coraz częściej pojawiają się sesje poświęcone roli czynników takich jak picie wina, kawy, jedzenie czekolady czy radości z życia (serio!) na układ sercowo-naczyniowy. Jeden z kongresów Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego, w którym uczestniczyłam miał w programie sesję zatytułowaną “Eat, drink and be merry”. Są prowadzone coraz liczniejsze badania naukowe udowadniające ich znaczenie.

Przejdźmy jednak do wpływu wina na serce. Co w tym trunku takiego zdrowego? otóż polifenole, a zwłaszcza resweratrol. Ten związek chemiczny syntetyzowany jest przez rośliny, najwięcej znajduje się go w skórce ciemnych winogron, stąd już wysuwa się wniosek, że białe wina, przy których produkcji używa się jasnych winogron lub usuwa skórkę z ciemnych, są mniej zdrowe 🙂

Polifenole to przeciwutleniacze, których działanie polega m.in. na podwyższaniu stężenia tzw. dobrego cholesterolu (HDL), zmniejsza agregację (zlepanie się) płytek krwi.  Oczywiście czerwone wino nie jest jedynym źródłem polifenoli. Jeden kieliszek (150 ml) czerwonego wina zawiera ich tyle co 20 szklanek soku z jabłek, 2 filiżanki herbaty (dla osób nie pijących alkoholu), 0,5 litra piwa (z pozdrowieniami dla wielbicieli złocistego trunku;)).

Dla tych z Was, którzy lubią dowody z badań naukowych, podaję, że w badaniach na starszych myszach, którym podawano resweratrol, obserwowano zmniejszenie objawów starzenia (nawet jeśli były one karmione bardziej wysokokalorycznymi pokarmami), zmniejszony stan zapalny śródbłonka naczyń, obniżony poziom cholesterolu.

Kardioenologia, bo powstała nawet gałąź kardiologii zajmująca się wpływem wina na układ krążenia, wyodrębniła nawet szczepy o wyjątkowo wysokiej zawartości polifenoli, a co za tym idzie największym działaniem ochronnym dla serca (kardioprotekcyjnym). Najlepszymi są Cabernet Franc, Primitivo (w tym moje ulubione Primitivo di Manduria) oraz Malbec. Primitivo jest winem włoskim, pochodzącym z Apulii.

Oczywiście nie jest tak, że należy zastąpić teraz wszelkie inne napoje czerwonym winem 😉 alkohol w nadmiernych ilościach poza wpływem na wątrobe podnosi stężenie triglicerydów oraz podwyższa ciśnienie krwi. Kobiety powinny zatem wypijać jeden, panowie dwa kieliszki dziennie, a dawki nie powinno się kumulować, co oznacza, że tydzień nie picia i nadrabianie zaległości w weekend raczej nie przyniesie oczekiwanych efektów kardioprotekcyjnych 😉

*Korzystałam z wykładu Pana Prof. KJ. Filipiaka oraz Magazynu Wino (03/2008)

Biegiem w miasto czyli mój sposób na podróżowanie w biegu

Biegiem w miasto to cykl, w którym chciałabym dzielić się z Wami moimi najpiękniejszymi miejscami do biegania. Od 3 lat zwiedzam na biegowo stolice europejskie i mniejsze miasta, a szczególną miłością darzę Włochy, które zdecydowanie będą wiodły prym w moich opowieściach.

Jeszcze na studiach panicznie bałam się latania samolotami, bieganie uważałam za nudne i męczące, a swoją przyszłość widziałam wyłącznie w szpitalu pnąc się po szczeblach kariery naukowej. Kilka lat pózniej nie potrafię wyobrazic sobie życia bez aktywności fizycznej, najchętniej co tydzień latałabym w inne miejsce, a pracę w szpitalu rzuciłam na rzecz życia bez dyżurów i w mniej napiętej atmosferze. 

Nawet się nie zorientowałam kiedy w mojej walizce pakowanej na kolejny wyjazd swoje stałe miejsce znalazły buty do biegania. Jako, że nie jestem tradycyjną turystką, która z mapą w ręku przemierza zaplanowany szlak i musi zaliczyć wszystkie muzea, kościoły, galerie, postanowiłam przynajmniej częściowo odkrywać nowe miejsca w biegu. 


Dla mnie zwiedzanie to “gubienie się” w mieście. W małych uliczkach, na lokalnym targu, wśród ludzi, w parkach. Czasem dosłownie – jak w Wenecji, kiedy niemal zaplątałam się między kanałkami miasta i musiałam wspomóc się pytając łamanym włoskim o drogę. W Rzymie to poranne bieganie wzdłuż Tybru, w Mediolanie w Parco Sempione, wśród lokalnych biegaczy, robiąc sobie małą przerwę na espresso w lokalnym barze. 


Mediolan. Przystanek na łyk najlepszego espresso na świecie. 

Mieliście kiedyś uczucie, że czujecie się w jakimś miejscu tak swobodnie jakbyście wcale nie byli turystami? Chyba najbardziej lubię w moich podróżach po Europie to, że mogę przez chwilę poczuć się “tamtejsza”, staję się częścią tego miasta, w którym akurat jestem. A najlepiej mi to wychodzi we Włoszech. 

Rzym. Moje ulubione miejsce w tym mieście – Giardino degli Aranci.


To co, dasz się zaprosić na bieganie ze mną?