Mój trailowy ultra debiut – czyli zacznij w końcu w siebie wierzyć kobieto! 

Na Tricity Trail miałam ochotę już w ubiegłym roku, ale wówczas na przeszkodzie stanęła mi kontuzja i zapalenie rozcięgna podeszwowego. W tym roku organizatorzy poza dystansem 80 km i półmaratońskim postanowili rozegrać również zawody zatytułowane “maraton plus” o dystansie około 47 km. Uznałam, że to by było dla mnie optymalne rozwiazanie – półmaraton pozostawia już mały niedosyt, a na 80 km nie czuję się jeszcze przygotowana. Ani fizycznie, ani tym bardziej mentalnie. 

Zwlekałam jednak z opłatą startową wahając się czy poradzę sobie z dystansem. Ostatecznie przekonała mnie Ola (Z miłości do biegania) i następnego dnia opłaciłam start. Jednak do końca nie chciałam ogłaszać wszem i wobec swojego debiutu w obawie przed ewentualną porażką 😉


Już już miałam wrzucić na instagrama… 😉

Do Wejherowa wybrałam się w sobotę rano przygotowana na wszelkie pogodowe ewentualności i lekko zestresowana. W końcu miałam zadebiutować podwójnie – na dystansie ponad maratońskim i w biegu trailowym. Sprawnie odebrałam pakiet i ruszyłam do hotelu odpocząć. 


Profile trasy

Start dystansu maraton plus był zaplanowany na godzinę 7 rano, autobusy miały odwieźć uczestników spod bazy o 6 rano, więc zjawiłam się tam kilkanaście minut przed tą godziną i lekko zamarłam. Byłam jedyną kobietą wsród wyżyłowanych (mniej lub bardziej) bardzo profesjonalnie wyglądających panów. Niektórzy z nich dodatkowo mieli koszulki czy inne gadżety z różnych biegów ultra, takich super ultra, wiecie… 100 km i więcej. “I co ja tu robię?”


No to idę na autokar 🙈

Drugi raz pytanie “Ale co ja właściwie tu robię” zadałam sobie w kolejce do toitoia przed startem słuchając dyskusji ludzi na temat treningów, wagi startowej (oho! 😂), ostatnich wygranych… “Czy tylko ja tu debiutuję i ważę ponad 70 kg?” 😂

Na starcie biegu stanęło około 170 uczestników, więc towarzystwo było dość kameralne. Ruszyliśmy. Pierwsze kilometry spokojnie, przypomniałam sobie weekendowe bieganie po Puszczy Kampinoskiej, do której koniecznie muszę wrócić. Co jakiś czas, zgodnie z zapowiedziami organizatorów, przedzieraliśmy się przez krzaki i chaszcze, ale i tak biegło się fajnie. 


Podzieliłam sobie w głowie bieg na 3 etapy, żeby trochę odciążyć głowę. Zwykle mam w zwyczaju odliczać kilometry do końca… A ponieważ to moje pierwsze zawody tego typu, z punktami kontrolnymi na trasie, trochę się stresowałam, że nie zmieszczę się w limicie. 

Na początek moim celem był punkt kontrolny na 18,5 km. Zerkałam właśnie na 15 kilometrze na zegarek ciesząc się, że za chwilę dobiegnę do tego pierwszego etapu, kiedy wolontariusze na trasie wskazali na sporą górkę. Samo wdrapywanie się na nią w ślimaczym tempie było wyzwaniem, ale już za nią, za kilkanaście minut czekał upragniony punkt. Nigdy jeszcze cola nie smakowała mi tak bardzo jak tam. Kilka minut na jedzenie (arbuz, banany) – świetnie wyposażony punkt i sprawna praca wolontariuszy – i ruszyłam dalej. 


Pierwsze większe przewyższenie. Gonię pana w identycznych jak moje skarpetkach kompresyjnych. Ostatecznie prześcignęłam go na ostatniej prostej do mety 😉

Do kolejnego punktu miałam 3 godziny, trochę uspokoiłam się, że powinnam zdążyć, zrobiłam nawet kilka fotek. Powoli, powoli zaczynałam odczuwać pokonany dystans, zwłaszcza w okolicach 30 kilometra, gdzie znów czekała wspinaczka 😉


Do drugiego punktu dotarłam z zapasem czasu, a kiedy zajadałam arbuza odpoczywając chwilę, minęła mnie w punkcie pierwsza kobieta (i czwarta open) dystansu ultra! Wow, dosłownie kilkanaście sekund i już jej nie było. Zebrałam żuchwę z ziemi i na spokojnie, z poczuciem, że na pewno już zdążę w limicie potruchtałam dalej. Nogi już mocno czuły dystans, ale świadomość mety i oczekujących na mnie kibiców (Justyna, Paweł – dziękuję Wam) dodawała energii. Poza tym chciałam już skończyć ten bieg, naprawdę 😂 


Jeszcze ostatnie konkretne wspinanie w okolicach 40 km, minięcie dystansu maratońskiego (huraaaa), a potem odliczanie już oznaczonych 5 km do końca. Na ostatnim czekała Justyna z Pawłem, którzy dobiegli ze mną do mety, najlepsi kibice! 


Mam maraton w nogach i lecę dalej 😍


Tu już poleciała piosenka, która wycisnęła łzy z oczu (Antonello Venditti)

Meta! 

Najlepsi kibice ❤️😍  bo biegacze wiedzą co to za emocje są na mecie


Chillout! 

Mam kilka przemysleń na temat tego co bym zabrała / nie zabrała / zrobiła inaczej, ale chyba poświęcę temu osobny wpis. 

Gratulacje, jeśli dobrnęliście do końca tej ultradługiej relacji. 

Obiecuję, że jeśli kiedyś pobiegnę dłuższy dystans to podzielę relację na części 😉

Ściskam! 

Ania

2 thoughts on “Mój trailowy ultra debiut – czyli zacznij w końcu w siebie wierzyć kobieto! 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s