Maraton w Rzymie czyli jak spełniłam biegowe marzenie

Królewski dystans w Rzymie był moim wielkim marzeniem od kiedy zaczęłam biegać. Początkowo oczywiście kompletnie nierealnym (ja i maraton? Wolne żarty!). Jednak kiedy w grudniu zeszłego roku dowiedziałam się, że nie będę zdawać wiosną egzaminu specjalizacyjnego, natychmiast zapisałam się na rzymski maraton. Formalności związane z bieganiem we Włoszech są nieco skomplikowane, a ponieważ z pewnością nie był to mój ostatni start w tym kraju, opiszę je dokładniej w osobnym wpisie.

Nie ma co ściemniać – nie byłam dobrze przygotowana do tego biegu. Wiedziałam również, że w przypadku takiego dystansu nie można machnąć ręką i stwierdzić, że “jakoś to będzie”. Przynajmniej bedąc biegaczem na moim poziomie. Stresujący początek roku, kilkanaście dyżurów miesięcznie i kończenie szkolenia specjalizacyjnego w szpitalu, zajmowały mój czas i myśli. Biegałam mało, byłam przemęczona fizycznie i psychicznie. 

W samolocie do Rzymu prawie popłakałam się z emocji – mieszanki radości ze stresem. Poza tym wreszcie leciałam do mojego ukochanego miasta! Pierwsze kroki skierowałam do mojego ulubionego ogrodu pomarańczowego na Awentynie… 

   
 
Późnym popołudniem po przylocie pojechałam odebrać pakiet – expo zlokalizowane było na jednej z końcowych stacji metra. Poszło szybko o sprawnie. W pakiecie poza numerem startowym, plecakiem, koszulką i mnóstwem ulotek znajdowała się… paczka makaronu, a jakże 😉 

Pozostało mi czekać na moich wspoltowarzyszy przylatujących następnego dnia i… rozpocząć ładowanie węglowodanów 😉 

   
 
W dniu startu stres był już niezły. Ledwo, wyłącznie z rozsądku, zjadłam śniadanie i ruszyłam w kierunku metra, gdzie umówiłam się na spotkanie z moimi znajomymi. Rozmowy, zdjęcia na tle koloseum, ustawianie się w strefie startowej sprawiły, że nie myślałam o najbliższych godzinach… Kilka głębokich wdechów i…odliczamy 10, 9… wow! nauka włoskiego właśnie po raz kolejny się przydała. 

Ruszyliśmy. Pierwsze kilometry upływały w dość wolnym, bardzo komfortowym dla mnie tempie i sporym tłumie, w którym wyprzedzanie było dość ciężkie. Sama byłam zaskoczona jak szybko mijam kolejne oznaczenia kilometrowe i jak w miarę dobrze je znoszę… W okolicach 18 kilometra wbiegaliśmy na Plac Świętego Piotra, mijając bazylikę. To był jeden z najbardziej niesamowitych punktów na trasie, nogi niosły same. Problemy zaczęły się w okolicach 26 kilometra – powoli odczuwałam już zmęczenie, przypiekające słońce i ból. Tempo spadało, a ja musiałam czymś zająć buntująca się głowę – oczywiście z pomocą przyszła mi moja playlista 😉 Kolejny kryzys dopadł mnie między 34 a 35 kilometrem i trwał już do końca. Muzyka raz dodawała mi energii, za chwilę ze złością ściągałam słuchawki. Pomagał doping – miedzy innymi rzymskiej grupy biegowej Eternal Eagles, których “znam” z instagrama. Nie ukrywam jednak, że wyczekiwałam upragnionej mety… 

Kiedy wbiegłam na ostatni kilometr oczy zaczęły mi się szklić, wiedziałam, że za chwilę będzie koniec i ulga. Chyba przewidziałam to układając playlistę, bo w słuchawkach zabrzmiał… Bono i “Beautiful day”. Nie umiem i nie lubię pokazywać emocji, raczej duszę je w sobie, ale w tym momencie nie wytrzymałam i zapłakana z radości przebiegłam linię mety 😊  4:41:10 – mam wywalczoną nową życiówkę! 

 
 

Potem już tylko radość, odpoczynek i nawet piwo, za którym nie przepadam, na trawniku w okolicy Circo Massimo, smakowało wyjątkowo… 

A organizacyjnie? Ja nie mogę się przyczepić – co 5 km picie, ustawione po obu stronach drogi, co eliminowało przepychanki i ścisk. Od 15 km dodatkowo co 5 km banany, herbatniki, pomarańcze i bakalie. Co 7,5 km gąbki z wodą (super sprawa!). Trasa biegu odgrodzona od turystów bramkami w najbardziej uczęszczanych miejscach, więc nikt nie wchodził pod nogi. Na mecie bardzo sprawny odbiór medali i pakietów jedzeniowych. 

Trasa cześciowo brukowa, co było dla mnie nowością, ale niebezpieczna i nieprzyjemna głównie fragmentami, gdzie towarzyszyła punktom z gąbkami życie wodą i bruk był mokry i śliski. 

A następnego dnia…Nazwiska biegaczy w gazecie 😉 i duma 😉

 
Od zeszłej niedzieli kocham Rzym jeszcze bardziej… 

Wszystkie fotografie są mojego autorstwa. 

One thought on “Maraton w Rzymie czyli jak spełniłam biegowe marzenie

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s